Jagged Alliance 2 v1.13 AAR »

Wyzwolenie Arulco: Odcinek 2 - Witamy w Arulco

Wyzwolenie Arulco

Odcinek 2: Witamy w Arulco

1 maja 2008 roku Gdzieś w Ameryce Południowej Lądowisko, kilkadziesiąt km na zachód od Arulco

Nigdy nie lubiłem Ameryki Południowej. "Lądowisko", o ile można tak nazwać kawałek polany znajdowało się w lesie, niedaleko wybrzeża Oceanu. Stał na nim już śmigłowiec UH-1 Iroquois znany większości jako Huey. Maszyna z wyglądu była już dość stara, ale podróż nią nie miała trwać długo. Ciemny oliwkowy kolor zapewniał całkiem skuteczny kamuflaż jak na te tereny.

Zapakowaliśmy cały sprzęt i wsiedliśmy do środka. Łopaty wirnika zaczeły się obracać, niedługo mieliśmy wystartować. W ostatniej chwili Chivaldori złapał mnie za ramię i przekazał list, który mam przekazać Miguelowi Cordona, był przywódcą rebeliantów... oczywiście o ile jeszcze żyje. Cordona... kojarzyłem to nazwisko z artykułu na temat Arulco. Członek rodu, z którym rodzina Enrico zawsze rywalizowała. Teraz, żeby uratować, a potem odbudować kraj muszą ze sobą współpracować. Były król życzył mi powodzenia i wsiadł do zaparkowanego niedaleko Jeepa. W końcu wystartowaliśmy...

Po kilkudziesięciu kilometrach lotu w końcu zauważyliśmy ląd. Spojrzałem jeszcze raz na mapę i kazałem wylądować pilotowi na północnym skraju wioski. Byłem pewien, że mimo godzin porannych zaraz ktoś nas usłyszy, w końcu helikopter robi mnóstwo hałasu, więc po desancie od razu zajęliśmy pozycje obronne przy workach z piaskiem kilkanaście metrów od nas. Jak się spodziewałem od razu ktoś się pojawił, a po mundurze było widać, ze to ktoś wojskowy...

Na szczęście nie zdążyła nas zauważyć i jednym strzałem zdołałem ją wyeliminować. Strzał na pewno zaalarmował resztę patrolu. Wolałem nie ryzykować i zostaliśmy na pozycjach. Jednostka tu stacjonująca na szczęście okazała się zwykłą, słabo wyszkoloną milicją. Następnego przeciwnikiem zauważyłem od razu przez dziurę w ścianie budynku obok, gdy starał się nas oskrzydlić. Hitman ze Steroidem nawet nie zdążyli się odwrócić, gdy padł następny strzał. Byłem w tym kraju od 10 minut, a już zabiłem dwie osoby... ale gdy spojrzałem na zrujnowane domy, współczucie do żołnierzy od razu minęło.

Postanowiłem ruszyć na północ, za budynki przed nami. Steroid z Hitmanem mnie osłaniali. Nagle w połowie drogi napotkałem kolejego żołnierza Deidranny. Aż dziw jak słabo byli wyszkoleni. Zaskoczyło mnie również, że to kolejna kobieta. Cóż... armia jest najlepiej opłacaną grupa zawodową w tym kraju. Ci, którzy się poddali, na pewno chcieli być jej członkami, bo zapewniało to stabilność finansową i bezpieczeństwo... ale za jaką cenę?

Tym razem dopiero drugi strzał okazał się śmiertelny. Niestety szybki zwrot na pięcie bardzo zmniejszył celność. Gdy padła usłyszałem głos dobiegający z jej krótkofalówki... chyba dowódcy oddziału:

"Sanchez, Johnes - zgłoście się! Co to za strzały?!"

Kilka chwil później zauważyłem ją gdy próbowała przebiec główną drogę. Steroid w ostatniej chwili zdjął palec ze spustu, gdy zobaczył, że znowu ja wymierzyłem ostateczny cios. Po odczekaniu kilku minut, sprawdziliśmy teren. To byli wszyscy przeciwnicy. Cztery słabo wyszkolone osoby.

Później dowiedziałem się od reszty, że mieli mi trochę za złe, że niejako sam się wszystkim zająłem. Z jednej strony mieli trochę racji, bo praca w zespole to podstawa, ale z drugiej... tylko ja na razie jestem należycie uzbrojony. Mam nadzieję, że za parę dni to się zmieni. Wojska Deidranny są podobno całkiem nieźle wyposażone. Na razie oprócz kilku marnych pistoletów nie znaleźliśmy nic wartościowego. Miałem przeczucie, że lotnisko w Drassen to odmieni...

Czas było odnaleźć Cordonę. Podejrzewam, że jeśli jeszcze żyje, to ukrywa się gdzieś niedaleko. Gdy wracałem na naszą pozycję zrzutu zauważyłem małego chłopca. Najwyraźniej się mnie przestraszył i pobiegł do domu po drugiej stronie ulicy. Pobiegłem za nim, może doprowadzi mnie do jakiegoś "tubylca" jak to popularnie się mówi na miejscowych w naszym slangu. Wszedłem do środka. Kiedyś był to przytulny domek, teraz z nadpalonym dachem, kilkoma dziurami i śladami po kulach na ścianach wyglądał jak rudera. Stała w nim kobieta. Prawdopodobnie matka, bądź babcia dziecka... ciężko było mi orzec, na pewno był zmęczona życiem.
Była wobec mnie bardzo nieufna. Nie dziwię się, że jak usłyszała nazwisko "Chivaldori" kazała mi wyjść. Pokazałem jej list napisany przez Enrico. Wyglądała na zdziwioną i nagle jej głos był trochę bardziej przyjazny:

Spotkanie z Fatimą

Nazywam się Fatima. Mieszkam w tym miasteczku odkąd Deidranna przejęła władzę. Jeśli to co mówisz, jest prawdą, a potwierdza to ten list… może jest szansa dla Arulco. Byłam pewna, ze Enrico nie żyje, ale wszędzie poznam ten charakter pisma. Dobrze, chodź za mną, ale nie rób gwałtownych ruchów. Inni nie są tacy spokojni jak ja. Możesz się okazać ważnym sojusznikiem, mam nadzieję, że Miguel też tak uzna. Inaczej skończy się to źle dla mnie, a dla Ciebie jeszcze gorzej.

Ruszyliśmy za nią. Czas było poznać Miguela Cordonę, przywódcę rebelii.

Autor: Goliat, 1 komentarz · 5091 czytań
Komentarze (1)



Nick: