Organizacja - seria odcinkowa »

Organizacja - Odcinek 8

Poprzedni odcinek | Spis odcinków | Następny odcinek

Organizacja

Odcinek ósmy


Noc z 9 na 10 sierpnia 2001
Londyn, Wielka Brytania

„Złota Łania” nie tylko nazwą nawiązywała do trzymasztowego galeonu sir Francisa Drake’a, słynnego angielskiego korsarza, a później i wiceadmirała na usługach jej królewskiej mości Elżbiety I Tudor. Wystrój pubu, przynajmniej z założenia, oddawać miał klimat żaglowców, więc jego ściany obwieszone były wszelkiego rodzaju kołami sterowymi, takielunkiem, obrazami przedstawiającymi choćby zdobycie Santo Domingo czy zwycięstwo kaperskiej floty nad Wielką Armadą w okolicach Calais, a które raczej przytłaczały swoja ilością niż zdobiły wnętrze. Jednakże lokal należał do ulubionych miejsc nocnych eskapad Keitha Hansona, znanego również pod pseudonimem „Blood”. Keith widział kiedyś replikę „Złotej Łani” zacumowaną przy nabrzeżu St May Overie, raptem dwudziestometrowej długości „jacht”, jak go nazwał, w ogóle go nie zachwycił.

Generalnie mężczyznę raczej zadziwił fakt, że na takiej łajbie udało się opłynąć dookoła kulę ziemską, a przebywać na niej mogło ponad osiemdziesiąt osób. Momentami zastanawiał się czy okręt zasługiwał na to, by cokolwiek nazywać jego imieniem czy też może nazwanie tak lokalu było skazą na reputacji galeonu. Na dobrą sprawę największym atutem pubu, w oczach Hansona, był szeroki wybór piw, szybka obsługa i ciemne kąty, które skutecznie tworzyły atmosferę osamotnienia, pomimo tego, iż reszta sali przypominała raczej prawdziwą karczmę wypełnioną doskonale bawiącymi się piratami, którzy właśnie wrócili z udanej wyprawy łupieżczej i wydawali swoją dolę na trunki i dziwki.

Na co dzień wesoły, skory do żartów, tryskający humorem i skłonny do słownych batalii Keith miewał też gorsze dni, wtedy to zapuszczał się do ciemnych, cuchnących tytoniem, piwem i męskim potem melin zwanych szumnie pubami, a właściwie niewiele z nimi mających wspólnego. „Złota Łania” plasowała się gdzieś pomiędzy takim właśnie lokalem i przeciętnym pubem, gdzie zaglądali zmęczeni całym dniem pracy londyńczycy. Hanson, zamówiwszy ciemne piwo, od razu skierował się do wciśniętego w kąt stolika, osłoniętego częściowo od strony sali przez zwisające z dachu olinowanie, którego przeznaczenia nie domyślał się chyba ani sam właściciel ani tym bardziej odwiedzający lokal goście. Keith był mężczyzną przeciętnego wzrostu i szczupłej, acz doskonale wyrzeźbionej sylwetce, którą zawdzięczał codziennym ćwiczeniom i wieloletniej praktyce wschodnich sztuk walki opanowanych przez niego w stopniu prawie perfekcyjnym.

Murzyn ten miał głęboko osadzone ciemnobrązowe oczy, w których częściej gościły wesołe iskierki niż cień złości, a nad którymi brwi opadały w kierunku środka twarzy. Granicę wysokiego czoła wyznaczały dwa półkola krótko ściętych, czarnych włosów, pod nimi zaś rysowały się wyraźne zmarszczki tworzące trzy wąskie linie. Keith chyba nie wyobrażał sobie życia bez szczeciny okalającej jego twarz: wąsy i brodę zapuścił już w wieku niecałych dwudziestu lat i od tego czasu nie miał najmniejszego zamiaru się ich pozbywać, ale mimo to regularnie je przycinał, aby włos nie był zbyt długi. Mężczyzna ten już na pierwszy rzut oka sprawiał przyjazne wrażenie, które tylko pogłębiało się, gdy miało się okazję poznać bliżej tego, wiecznie głodnego i wiecznie o jedzeniu mówiącego, człowieka.

Targały nim sprzeczne uczucia. Kiedy kilka godzin temu zadzwonił do niego Hans Yorgan z propozycją, aby leciał do Liberii w celu znalezienia i zlikwidowania ludzi czyhających na życie prezydenta kraju, to właściwie nie miał jakiś oporów zgadzając się na misję, lecz teraz zastanawiał się czy robi dobrze broniąc życia takiego człowieka. Doskonale zdawał sobie sprawę, że o wiele chętniej uczestniczyłby raczej w akcji, w której jego celem byłaby głowa Taylora… tak jaki kiedyś w Arulco…


9 października 1999
Okolice miasta Meduna, Arulco

Ostrzał moździerzowy jakby osłabł na chwilę, więc Keith i towarzysząca mu trójka rebelianckich żołnierzy zerwali się, aby przebiec przez całkowicie odsłonięty odcinek terenu. Nisko pochyleni, odruchowo przysłaniając rękami głowy przed odłamkami, czujący na plecach żar tropikalnego słońca parli przed siebie z nadzieją, że uda im się dotrzeć do stanowisk reszty rebeliantów i najemników nim przeciwnik zdąży ich wystrzelać. Hanson dostrzegł przywódcę powstania, Miguela, który chowając się za pospiesznie tworzonymi okopami, machał ręką do biegnących ludzi, aby się pospieszyli. Byli już naprawdę blisko, wyraźnie słyszeli okrzyki swoich sprzymierzeńców, ktoś krzyczał, by ich osłaniać, odezwał się charakterystyczny, donośny odgłos serii wystrzelonej z ciężkiego karabinu maszynowego.

Hanson kątem oka widział jak dwóch biegnących obok niego mężczyzn zostaje dosłownie skoszonych nieprzyjacielskimi kulami, które uderzając w ich ciała odrywały całe, krwawe kawałki mięsa. Fontanny ziemi wzbijane przez pociski uderzające tuż pod jego nogami sprawiły, że zmusił się do szybszego biegu, poczuł gwałtowne szarpnięcie, kiedy jakaś kula trafiła w jego plecak. Zrobił jeszcze dwa kroki starając się złapać równowagę, ale runął twarzą w trawę. Był pewien, że to koniec, ale sekundę później silne ręce chwyciły go pod ramiona i podniosły w górę. Spojrzał w oczy ratującego mu życie mężczyzny akurat w momencie, kiedy w jego oczach ukazał się nagle ból, strach i szok jednocześnie. Dwie kule trafiły rebelianta w plecy, miażdżąc mu kręgosłup i przebijając płuco. Na Keitha trysnęła krew, starał się przytrzymać rannego człowieka i przenieść go w bezpieczne miejsce, wołał o medyka, kule niewprawnego strzelca, który znalazł się przy karabinie świstały wokół jego uszy, uderzały głucho w ziemię.
-Trzymaj się, wyjdziesz z tego. – mówił ciągnąc konającego mężczyznę w stronę swoich przyjaciół – Nie możesz mi tego, cholera zrobić…
-Dajcie Michaela, szybko! – krzyczał Miguel Cordona podbiegając kawałek, by pomóc Hansonowi. – Niech ktoś zdejmie tego skurwiela!

Powietrze rozciął głośny gwizd spadającego pocisku moździerzowego, a później ogłuszająca eksplozja wstrząsnęła okolicą, kiedy wybuch nastąpił zaledwie dwadzieścia metrów od kobiety o krótko ściętych, jasnych włosach. Sheila „Scope” Sterling oparła dwójnóg swojego karabinu snajperskiego o wał ziemi wykopany jako mizerna osłona strzelców. Przyłożyła oko do lunety o ośmiokrotnym przybliżeniu i błyskawicznie omiotła wzrokiem odległą o jakieś dwieście, dwieście pięćdziesiąt metrów kępę drzew na wzniesieniu, gdzie rozlokowano gniazdo karabinu maszynowego. Bez problemu odnalazła młodego, najwyżej dziewiętnastoletniego chłopaka prującego do jej przyjaciół w napadzie jakieś wściekłej furii. Dokładnie widziała wyraz bezgranicznej nienawiści połączonej z grymasem strachu, jaki malował się na jego twarzy. Bez zastanowienia umieściła krzyżyk celownika dokładnie pomiędzy przerażonymi oczyma młodego żołnierza i pociągnęła za spust. Wprawnym ruchem wyrzuciła łuskę i wprowadziła nowy nabój do komory, ponownie spojrzała przez lunetę. Zobaczyła kolejnego młodego żołnierza, który odrzucał zwłoki kolegi, aby kontynuować ostrzał, jednak nim zdążył choćby dotknąć ckm-u kula „Scope” rozsadziła jego głowę rozrzucając fragmenty czaszki i mózg wokół. Sheila znów wykonała automatyczny ruch ręką przeładowując broń. Znów przyłożyła prawe oko do lunety. Znów pociągnęła za spust, gdy krzyżujące się linie celownika zatrzymały się na głowie wroga…

W tym samym czasie Micheal Dawson za wszelką cenę próbował uratować rebelianta, z którego życie uchodziło w zastraszającym tempie. Wyraz bólu w oczach lekarza zdradzał jego brak nadziei na cud, na to, że mu się uda, lecz mimo to uparcie starał się w jakiś sposób zatamować szybki upływ krwi. Tym bezskutecznym staraniom przyglądał się Keith, który wciąż trzymał za rękę człowieka, dzięki któremu wciąż żył. Doskonale wiedział, że dla tamtego nie ma już najmniejszej nawet szansy, ale cały czas dodawał mu otuchy, starał się uśmiechać, ale jednocześnie nie mógł spojrzeć w gasnące oczy mężczyzny, bo wiedział, że wtedy nie potrafiłby skłamać, że wszystko będzie dobrze, że po tej cholernej wojnie Keith zaprasza go do siebie na grilla. Hanson czuł, prawie namacalną więź między nim i tamtym człowiekiem, znał ją doskonale, dostrzegał piękno tego szczególnego rodzaju braterskiej miłości, który może zrodzić się tylko między żołnierzami, a która wycisnęła łzy z oczu niejednego, nawet tych najtwardszych i nieczułych.
-Spójrz na mnie… - wycharczał po hiszpańsku konający, a Keith z trudem spełnił jego prośbę patrząc głęboko w zasnute mgłą oczy tamtego – Wykończcie ją… wykończcie… dla tego kraju… - mówienie sprawiało mu wyraźne trudności – warto umierać… niczego nie żałuję, nie żałuję… ale niech te wszystkie przerwane życia nie idą na marne.. jesteśmy… jesteście już tak blisko… skończcie to…
-Skończymy – głos Keitha łamał się pod naporem targających jego sercem uczuć, z trudem powstrzymywał cisnące się łzy – Wspólnie wyzwolimy ten kraj, będziesz tego świadkiem, obiecuję…
-Warto było… dożyć chwili… w której wiadomo… że Arulco znów… znów będzie wolne… - ostatnie jego słowa były ledwo słyszalne
-Cholera jasna! – wrzasnął M.D. i rozpoczął masaż serca – Cholera, błagam…


Noc z 9 na 10 sierpnia 2001
Londyn, Wielka Brytania

Keith Hanson otarł ręką pojedynczą łzę sunącą mu po policzku i rozejrzał się wokół. Nie był już na tym cholernym odcinku frontu, gdzie zginęło tak wielu ludzi starając się przełamać linie obrony Meduny, ostatnie szeregi wroga, który mimo wszystko bronił się zacięcie wierny swej królowej. Jednak Keith miał świadomość, że wtedy robił coś ważnego, coś dobrego, coś za co warto było zginąć. Widział to w oczach nie tylko współtowarzyszy broni, ale i zwykłych mieszkańców biednego kraju. Wtedy walczył nie tylko dla pieniędzy, tamta akcja pochłonęła do reszty jego serce, nie tylko jego… Pamiętał rozpaczliwą obronę szpitala, gdzie zginęło dwóch jego kolegów, którzy mimo braku nadziei na zwycięstwo nie opuścili oddziałów broniących miasta i do ostatniej kuli bronili przed nieprzyjacielem dostępu do miasta. Niestety odsiecz oddziałów rebeliantów nastąpiła zbyt późno i J.P. Viau oraz Helmut Grunther zginęli pod naporem wroga. Pamiętał wysiłek Michaela, który starał się ratować każde ludzkie życie, który za własne pieniądze ściągał środki medyczne, by móc poprawić choć odrobinę stan zdrowia mieszkańców tego biednego kraju. Poświęcili wiele dla Arulco, dla jego obywateli, ale nikt z Organizacji nie żałował wysiłku, jaki włożył w wyzwolenie państwa. Wtedy byli po tej dobrej stronie, walczyli z uciskiem… a teraz?
Teraz będą walczyć dla pieniędzy…

Ale przecież od tego byli – byli najemnikami, a nie jakąś Armią Zbawienia, walczyli dla tego, kto więcej zapłaci, nie powinno być dla nich ważne dla kogo narażają swoje życie, bo narażali je dla siebie… i dla pieniędzy… Przynajmniej tak powinno to działać… Keith wypił kolejny łyk piwa, nie chciał pić nic mocniejszego, bo wiedział, że nie może się upić, choć miał olbrzymią ochotę utopić swe rozterki w butelce jakieś dobrej whiskey…

Jeszcze raz ogarnął wzrokiem wnętrze lokalu. Znaczna grupa mężczyzn, dość solidnie podpitych, śpiewała jakąś piosenkę i Keith zastanawiał się czy miała do być pieśń piracka czy też raczej pijacka… Zresztą, co za różnica? On jutro też wsiądzie do samolotu, którym dostanie się do Stanów, a stamtąd na Filipiny, gdzie spotka się pozostałymi członkami oddziału wysyłanego do Liberii… Wiedział, że znów będą się śmiać i być może płakać razem, że znów będzie czuł tą braterską więź…
Nie wiedział tylko czy później będzie z niej dumny…

Autor: Popuś, Brak komentarzy · 6810 czytań
Komentarze (0)



Nick: